Szły na wschód bataliony, szwadrony i pułki,
drobny deszcz senne oczy żołnierzom zaklejał,
chlupało mokre błoto na kołach i kółkach,
płynęła mętna woda z rozmokłych kolein,

paliły się chałupy, stodoły i stogi,
pod bialy namiot dymów kulily się miasta. –
A tam – na wschód – dudniły, turkotały drogi:

tępo walił – czternasty, piętnasty, szesnasty.

I coraz ciężej było nieść głowę na plecach,
i coraz czarniej było w lasach na Wołyniu. –
Ej, panie poruczniku, wysmukły jak świeca,
ja wiedziałem, że ciebie kula nie ominie.

Zetrę ci z ust rękawem tę czerwoną rosę,
źle tu leżeć na ziemi wśród końskiego ścierwa,
podzielimy się jednym cienkim papierosem
i skradzioną z węgierskich taborów konserwą…

Nie chcesz, stary, co?…Nie wiem, gdzie cię zakopali –

pod Czartoryską Gorą? Kuklą? Kamieniuchą?
Dziś już nie ma nikogo z dwunastej kompanii
i twojej maciejówki wciśniętej na ucho. –

Roztapiała się młodość brudnym, mokrym śniegiem,

dławiły dni pochmurne, jak robactwo żarły,
i już mi chłodne były jesienne noclegi,
i z umarłymi bylem sam na pól umarły…

…Kowalski – rozerwany granatem, Ignaczak –
cztery kule w pachwinę, Nowak – od szrapnela,

Marciniak – kula w piersi…Pamiętam, jak patrzał
i skamlał umierając: „Wody…przyjaciele…”

Bracie! Ja cię napoje. Mam wodę w manierce.
Ale ten marsz bez przerwy – i nigdy postoju…
Ciężko. I nie wiem, czy mi bardziej ciąży serce,
czy na plecach tornister i dwieście naboi…

O, niechaj mnie o niebo zadławi i zniszczy,
Ja się nie ugnę przed nim – urągam i wzywam:
hej, czarna artylerio, ostatni raz wystrzel
okropnym, ślepym słońcem nad ziemią nieżywą,

chluśnij we mnie wulkanów żużlem i żelazem,
niech trajektoria tęczy na pół mnie rozetnie,
niech groby oceanów pochłoną mnie – razem
z pękniętym, głupim sercem – siedemnastoletniem.